wtorek, 10 kwietnia 2012
Czas u mnie nieco leniwie wskazówki zegara popycha. Jak chyba winno być po świętach. Spędziłem je z rodziną. Głównym zatroskaniem i radością wszystkich był chrzest najmłodszego przedstawiciela – Gabriela. Działo się to w niewielkim i ładnym kościele. Proboszcz kończąc Mszę św. stwierdził, że jeszcze nigdy nie chrzcił jednocześnie sześciu chłopców. Sądzę, że każdy z nich – jako chłopiec, młodzieniec i mężczyzna dojrzały – będzie wyjątkowym człowiekiem. Serial o powstawaniu brugijki powoli dobiega końca. Trzeba dorobić jedynie łączniki czy zworniki kółek środkowych. By jednak do tego się przymierzyć, muszę serwetkę upiąć „na sucho”, by jakieś mosty w tych miejscach zaprojektować.
Kto jest twórcą tej – chyba oryginalnej i niebrzydkiej – koronki, nie wiem. Mam jedynie jej zdjęcie oraz niewyraźną kserokopię schematu. Nie dość, że wzór bardzo jest nieczytelny, to zawiera sporo błędów. Brugijka jest jednak wdzięcznym rodzajem szydełkowego działania – pozwala na wiele eksperymentów. Ta jednak okazała się w robocie niełatwa, głównie z potrzeby zachowania symetrii serwetki (a taśma, jak wiadomo, z założenia nie jest symetryczna), musiałem również tak planować zaczynanie taśm, by mocowane do nich motywy znajdowały się na prawej stronie. Czy się udało – oceńcie sami. Mam nadzieję, że podczas upinania serwetki oszczędzone mi będzie odkrywanie pomyłek i błędów. Gdy patrzę na zdjęcie, zastanawiam się czy nie warto serialu przedłużyć: rozważyć dołożenie jeszcze jednej – zewnętrznej – taśmy. Jednak kolejny wzorek kusi równie skutecznie. Czas świąt potrafi sklaniać do refleksji: pytania ojcze ty mnie chodzić uczyłeś najpierwszy matko ty mnie mówić uczyłaś najpiękniej
niedziela, 08 kwietnia 2012
Życzę świąt zdrowych i pogodnych
pełnych wiary, nadziei i miłości. Radosnego, wiosennego nastroju, serdecznych spotkań w gronie rodziny i przyjaciół oraz dużo, dużo czasu oplatanego kordonkami, włóczkami, mulinami...
Zygfryd
piątek, 30 marca 2012
Prawie gotowy jestem do wylotu z domu. Kilka dni spędzę poza domem, na wielkopostnych rekolekcjach. Torby spakowane, Negrita wygłaskana. Bardzo polubiła swego tymczasowego opiekuna. Spieszę się z pokazaniem, że odrobinkę udało mi się popracować nad brugijką.
Zrobił się z niej serial blogowy. I sam nie wiem jakie będą jego kolejne części, a zupełnie nie mam pojęcia jak i kiedy on się skończy...
środa, 21 marca 2012
Tak, wiosna. Jednak jeszcze nie kwiatki, nie liści zielonych szaleństwo… na to czas jeszcze. Teraz wiosna to bardziej nadzieja. Na sił i chęci bujność. Na czasu obfitość, choć nie do końca to prawda – już w sobotę godzinę stracimy! Wielka strata – 38 milionów godzin (z hakiem), grubo ponad 4 tysiące lat. Na serwetki nie będę już tego przeliczał. A choć krzta tego czasu by mi się przydała. Serwetka od dni wielu zapomniana leży. Trwa w zimowym odrętwieniu i o wiośnie marzy...
Większy przydział czasu był w tym tygodniu zakonowi dany. Przeżyliśmy radość z otrzymanie i powitania relikwii naszej patronki – bł. Anieli Salawy. Jednym z elementów przygotowania się do tej piątkowo-sobotniej uroczystości było wydanie kolejnego numeru wspólnotowej gazetki „Pokój i dobro”. Już dziewięćdziesiąty siódmy! Może setny numer uda się zrobić w kolorze? Zdjęcie udało mi się zrobić „w tajności”. Negrita spała, więc do kadru z serwetką się nie wepchnęła. Usłyszała jednak cichy dźwięk migawki…
Ja nie śpię!
Wiosną zacząłem, a ona też poetyckie tęsknoty budzić potrafi:
Mówią że u nas poetów dobrych nie ma i prawdziwych że słowa rymowane dziś tylko bełkotem pianą na piwie skwaśniałym snem w technikolorze
a ja matkę widziałem gdy listonosz z torby list od syna wyjął jak pisklę z gniazda jak poranek z nocy i podał
a ja matkę widziałem i uśmiech i oczy
środa, 14 marca 2012
Niewiele, bo niewiele, ale coś jednak urosło.
Mam zamiar jeszcze raz lub dwa razy taśmą serwetkę okrążyć. Wydaje mi się jednak, że będzie wciąż za mała na upatrzony stół. Trzeba będzie uruchomić fantazję. Wracam do roboty. Niestety, nie szydełkowej...
wtorek, 06 marca 2012
Serwetka urosła. Sprawdźcie sami:
A to dzięki dość luźnej sobocie. Z frajdą wielką mogłem pozwolić sobie na dłuższą zabawę z szydełkiem. Dziś chyba tak dobrze nie będzie. Trudno.
piątek, 02 marca 2012
Udało się, kilka dni minęło, a ja mogę pochwalić się nieco większą robotą. Serwetka nieco urosła. Wydawało się, iż nie będzie trudna, jednak wypracowanie poczwórnego krzyżowania się taśmy wymagało główkowania, choć i tak nie uniknąłem prucia.
Dwie taśmy, jak się okazało, urosły do 54 centymetrów, więc cała koronka będzie chyba spora, jeszcze do zrobienia jest kilka taśm. Kolejny raport za kilka dni, oby był udany. Rozradowałem się, gdy na blogach odezwała się maranta i dagi. Pokazały tak wiele pięknych prac, oczy oderwać trudno. Wyrzutem sumienia odezwała się spoczywająca na dnie szafy cienka seledynowa włóczka i grube druty! Miałem się uczyć pięknych serwet estońskich, a włóczka jak leżała, tak leży. Cóż, talentu nie staje.
poniedziałek, 27 lutego 2012
Nadal bezruch szydełkowy jest u mnie bezmierny. Jednak narzekanie na siebie, świat i innych niczego nie zmieni. Postanowiłem działać małymi kroczkami. A zaczęło się od kupienia nici – zupełnie mi nieznanych. Gdy w pasmanterii nie było Maxi w ładnym beżu, zaproponowano mi Cotton Filet. Ładne nici w równie ładnym kolorze. Nie podejmuję się jednak podać ich rodowodu – na metce dwa źródła: Hungary i Germany. Zgodnie z metkowym zaleceniem wziąłem w ręce szydełko 1,5, by po kilku- (nie wiem: kilkunastu czy kilkudziesięciu) minutach powstał taki drobiazg:
Nie to „dzieło” jest tutaj najbardziej ważne. Istotne, by każdego dnia drobiazg ten „obrastał” kolejnymi oczkami, a to co z tego powstanie będę co kilka dni pokazywał na blogu pokazywał (z radością lub wstydem). Może będzie to zalążek nowej serwetki.
piątek, 17 lutego 2012
Dziś o koronkach nie będzie. Jak ma być, skoro od ponad tygodnia okiem na żadne oczko zerknąć nie zdołałem. Zajęć multum, pomocy zero! Myślę niekiedy o likwidacji blogowych stron, bo wstyd taką mumię w Internecie trzymać. „Węzełki” – kółeczko moje robótkowe – ma mieć latem wystawę, zachęcam jego uczestniczki do pracy wytrwałej, a sam wzorem być mogę jedynie lenistwa. Siedzę co prawda nad dwoma schematami, mam chęć je robić, a chęcią jedynie piekło brukować można. Najbardziej przykre jest to, że nawet po Waszych blogach surfuję nieczęsto. Gdy już chwilę na taką przyjemność znajdę, i tu niepokój do serca się wkrada, bo trafiają się blogi znaku życia nie dające, choćby cenionej przeze mnie Maranty… Dziś dzień jednak szczególny, więc zdjęć i wieści o Negricie brakować nie może. Negrita staje się trzpiotowanym najczęściej, ale przyjacielem. Teraz też podgląda, sprawdza co człowiek jej robi, gdy udaje, że bardzo zajęty.
Chodzi za mną wszędzie. Gdy makaron fabryczny do garnka wrzucam – marudzi, że domowy jest lepszy, demonstrując ma maszynie do ciasta rozrabiania i chleba pieczenia.
Potem na łowy rusza z wzrokiem skupionym, sylwetką skamieniałą, bo gołąb na balkon odważył się wtargnąć! Właśnie – na balkon! Serce dygoce ze strachu, bo wkrótce wiosna, trzeba będzie w jakiś sposób siatkę na balkonie umocować, a dwie lewe do tego mam ręce i lęk wysokości spory nad miarę, a piętro aż szóste.
Gdy wszystko w domu skontrolowane, pomieszczenie każde sprawdzone dwa razy, miska z karmą opróżniona do czysta, a człowiek butów na nogi nie wkłada – można być spokojnym, udać się tam gdzie najcieplej, najciszej, a i tak wszystko z góry obserwować można.
Negricie, i wszystkim kotom, kotkom, kocurom, a także kociakom, tysiące serdeczności w Światowy Dzień Kota! Miau! Ps. Pozdrowieni dla p. Mirki, opiekunki kotów chorych, nieszczęśliwych i bardzo samotnych. Negrita z wdzięcznością pamięta każdą godzinę w jej domu spędzoną.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Wreszcie jestem gotowy na rozpoczęcie… wigilijnego świętowania. Nie, nie pomyliły mi się kalendarze. Po prostu dopiero dziś udało mi się skończyć serwetkę, która w zamyśle miała być ozdobą bożonarodzeniowych dni.
Zrobiony z kordonka Ariadny 30 tex x 4 sześciokąt, którego rozmiar w najszerszym miejscu wynosi 49 cm, zrobiłem szydełkiem 1,0. I może mógłbym się nim cieszyć, gdyby nie czarna radość mojego domu – Negrita.
Prawda, że piękna? Popatrzcie na to futerko! Czarne, niezwykle powabne, przez większą niż zwykle długość i cienkość włosów bardzo delikatne. Kontakt z nim mam każdego ranka przy czesaniu Negrity, czego raczej nie lubi. Nieco czarnych „kłaków” na grzebieniu czy zgrzeble zostaje, reszta w niewidzialnej postaci fruwa po całym mieszkaniu. Zbieram je z dywanu, bułki masłem smarowanej – jeśli zjadanie śniadania telefon na nieco dłużej przerwie. Koszula pod koniec dnia też w nie jest bogata. Pralka nie daje rady – wyciągam z niej koszule pełne czarnych piegów, które cierpliwie wyskubuję ręcznie. Godzę się z tym bez rozpaczy, by nie rzec – z uśmiechem. Mniej radośnie podczas szydełkowania. Czarne włoski lgną do białej nici jak ćma do światła czy mucha do lepu. I choć staram się, wydłubuję je co kilka centymetrów, choć z nimi walczę zajadle, efekt jest mizerny. Stąd ta tytułowa serwetka piwniczna, bo chyba właśnie piwnica będzie miejscem w którym ostatnio zrobiony sześciokąt znajdzie miejsce spoczynku. Z daleka czarnej dżumy atakującej białe nici chyba nie widać, lecz jak ktoś okulary na nos włoży i wzrok wytęży, z pewnością dostrzeże efekt walki kto w tym domu ważniejszy: bielą epatująca serwetka czy czarnowłosa piękność.
Jakie wyjście z impasu? Czarne hiszpańskie koronki tworzyć – oczy się buntują. Kota na białego zamienić – serce nie pozwala… |